Przejdź do treści
Warsztat Słowa

Do celu za wszelką cenę? O sztuce gubienia się w ramionach Boga

Żyjemy w kulturze, która choruje na punkcie mety. Nasze życie przypomina nieustanny bieg z przeszkodami, gdzie liczy się tylko to, co uda się „dowieźć”, zaliczyć lub odhaczyć. Hasło „do celu za wszelką cenę” stało się niemal świeckim przykazaniem, obiecującym satysfakcję w zamian za bezwzględność wobec siebie i innych.

Kiedy jednak przyglądamy się tej logice z perspektywy wieczności, zaczynamy dostrzegać w niej pewne pęknięcie. Jeśli cena, którą płacimy za osiągnięcie celu, obejmuje utratę pokoju ducha, radości czy – co gorsza – drugiego człowieka, to czy ten cel jest w ogóle wart zachodu?

Bóg nie jest managerem projektu

Często podświadomie rzutujemy nasze korporacyjne nawyki na relację z Bogiem. Wydaje nam się, że świętość to projekt, który musimy zrealizować, a zbawienie to premia za wybitne wyniki w moralności. W takim układzie łatwo uznać, że „cel uświęca środki”.

Ewangelia jednak brutalnie (i zbawiennie!) rozbija ten schemat. Jezus nie przyszedł, aby wręczyć nam mapę z zaznaczonym punktem docelowym i poganiać nas batem. On przyszedł, aby powiedzieć: „Ja jestem Drogą”. To rewolucyjne stwierdzenie zmienia wszystko.

Jeśli Droga jest Osobą, to każdy krok wykonany w miłości jest już dotarciem do celu. W chrześcijaństwie środek i cel zlewają się w jedno. Nie można iść do Boga nienawidząc brata, bo nienawiść natychmiast wyrzuca nas z Drogi, która jest Miłością.

Chrystus jako Droga a nie tylko Meta

Współczesny świat uczy nas, że droga to tylko uciążliwy koszt, który trzeba zminimalizować. Chcemy szybkich połączeń, skrótów i natychmiastowych efektów. Tymczasem Bóg wydaje się być mistrzem „marnowania czasu”. Prowadzi Izraelitów przez pustynię przez czterdzieści lat, choć droga zajęłaby kilka tygodni.

Dlaczego? Ponieważ dla Boga ważniejsze od tego, gdzie będziesz jutro, jest to, kim stajesz się dzisiaj. „Za wszelką cenę” to okrzyk pychy, która uważa, że wynik zależy wyłącznie od naszych mięśni. Nadzieja chrześcijańska mówi coś innego: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”, ale to „wszystko” zawsze dzieje się w rytmie łaski, a nie przemocy wobec rzeczywistości.

Kiedy odpuszczamy tę chorobliwą presję wyniku, zaczynamy zauważać ludzi stojących przy drodze. Dobry Samarytanin dotarłby do celu szybciej, gdyby nie zatrzymał się przy rannym. Z perspektywy optymalizacji czasu – poniósł porażkę. Z perspektywy Królestwa – właśnie dotknął samej istoty nieba.

Nadzieja która nie musi biec

Chrześcijańska nadzieja to nie jest optymizm człowieka, który wierzy, że zawsze wygra. To ufność kogoś, kto wie, że nawet jeśli nie dotrze tam, gdzie planował, nadal jest w dobrych rękach. To nadzieja, która daje prawo do zmęczenia, do błędu, a nawet do chwilowego zagubienia się.

Jeśli dziś czujesz, że nie nadążasz za własnymi ambicjami lub wymaganiami świata, mam dla ciebie dobrą wiadomość: Bóg nie rozlicza nas z prędkości, ale z kierunku serca. Możesz iść powoli, możesz utykać, bylebyś szedł w stronę Światła.

Ostatecznie „wszelka cena” została już zapłacona na krzyżu. Nie musisz niczego wyszarpywać losowi siłą. Prawdziwy cel nie jest trofeum, które zdobywasz, ale ramionami, które na ciebie czekają. I to jest najgłębszy fundament naszej nadziei.

#nadzieja #wiara #droga #duchowosc #cel

Homileo.pl | Homileo.com

Wróć do bloga